Elvis is her daddy, Marilyn is her mother…

 

Pierwsza płyta Elisabeth Woolridge Grant “Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” była totalnym niewypałem. Potem, w wyniku połączenia imienia hollywoodzkiej gwiazdy Lany Turner i nazwy Forda Del Rey, Elisabeth stała się Laną Del Rey i została międzynarodową gwiazdą. W świecie roznegliżowanych wokalistek, przebojów jednego sezonu i scenicznego kiczu, pojawiła się ona – nietuzinkowa, oryginalna, trochę wycofana. Trudno ją zaklasyfikować i porównać do jakiejkolwiek innej piosenkarki. Stworzyła swój własny muzyczny styl, który sama określiła mianem Hollywood glam ballad, stworzyła swój własny image. Jest królową retro, nosi się w stylu vintage, jej nieodłącznym atrybutami są: wianek, długie paznokcie, eyeliner i sztuczne rzęsy. Jej piosenki nie są mainstreamowe, ale rozbrzmiewają w radiu. Można ich nie lubić, trudno nie kojarzyć. Lana wzbudza skrajne emocje i nie wszyscy potrafią się do niej przekonać. Złośliwcy zarzucają, że nie osiągnęłaby za wiele, gdyby nie jej ojciec milioner, że ubarwia swoją biografię historiami o uzależnieniu od alkoholu i narkotyków, a jej usta są nieudanym efektem operacji plastycznych. Gdy opowiada w wywiadach, że spała z wieloma mężczyznami w branży, ale niestety żaden nie pomógł jej w karierze, raczej nie zyskuje fanów, a ci, którzy za nią nie przepadają, nie wiedzą, czy wokalistka się chwali, czy żali. Podobno ma stany lękowe i wolałaby być martwa podobnie jak jej idole – Kurt Cobain czy Amy Winehouse. Człowiek albo się nią zachwyca albo nie rozumie tego zachwytu. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Od czasu, kiedy zobaczyłam jej teledysk Born to die, stałam się wierną fanką. Uwielbiam jej muzykę, a podczas słuchania myślę sobie – mogłabym się pod tym podpisać, tak właśnie czuję. Warto zaznaczyć, że Lana nie jest tylko odtwórczynią, ona sama komponuje i pisze teksty. Bardzo cieszyłam się więc na Jej koncert podczas Orange Warsaw Festiwal, szczególnie, że nie miałam okazji zobaczyć jej kilka lat wcześniej na warszawskim Torwarze.

Mimo, że oficjalnie Lana nie była gwiazdą wieczoru (po niej występował Die Antwoord), to wiadomo było, że Tor Wyścigów Konnych Służewiec zapełnił się właśnie dla niej. Fani na cześć królowej ubrali wianki, nie stronili od nich nawet panowie. Wiedziałam, że lanomaniacy zbiorą się już od wczesnych godzin i nie myliłam się. Słaba organizacja festiwalu jeszcze bardziej utrudniała oczekiwanie. Na początku wystąpiła Marcelina, która w ogóle do mnie nie trafia pod względem muzycznym. Później musiało minąć 3,5 h, zanim pojawił się nowy zespół – Skunk Anansie. Taka przerwa między wykonawcami to kolejny minus dla organizatorów. Skin, wokalistka zespołu jak zwykle była wulkanem energii i rozruszała wykończony oczekiwaniem tłum. – Czekacie na Lanę? Uwielbiam ją – mówiła. Lana miała wystąpić o 21 i im bliżej było tej godziny, tym bardziej czułam, że coraz ciężej mi oddychać przez napierający tłum. Pojawiła się tradycyjnie w wianku na głowie i zwiewnej kremowej sukience. Zaczęły się krzyki, płacze, ogólna histeria. Ludzie zaczęli się popychać, bić, żeby tylko być bliżej sceny, co gorsza – tak działo się przez cały koncert. Stałam bardzo blisko sceny i byłam wykończona tym, że ciągle ktoś mnie bije i popycha.  Po koncercie słyszałam opinie obcokrajowców, że Polacy nie potrafią się zachować i niestety muszę to potwierdzić. Omdlenia zdarzały się co chwilę, a ratownicy mieli pełne ręce roboty.

Lana rozpoczęła od Cruel World. Byłam bardzo ciekawa, jak poradzi sobie na żywo. Oglądałam różne jej występy i efekty nie zawsze były zachwycające (delikatnie mówiąc). Śpiewała na żywo, ale towarzyszył jej półplayback. Obiektywnie rzecz biorąc, Lana nie należy do wokalistek z najlepszą techniką wokalną. Nie powiedziałabym jednak, że nie potrafi śpiewać. Potrafi! Problem z tym taki, że trochę w tym śpiewie błądzi, zdarza jej się fałszować (i to dość często). Wykonania na żywo różnią się od tych studyjnych, za każdym razem śpiewa inaczej, a że śpiewa dość chaotycznie i eksperymentuje, fani z nadmiaru emocji mogą nie wyłapać, że wokalistka kolejny raz jest poza tonacją, nie wyciąga górnych dźwięków albo mogą uznać, że taki był zamiar. Może właśnie z tego powodu te nieczystości jakoś nie drażnią, co więcej, mają w sobie jakiś urok (ot, kolejny fenomen Lany 😉 ). Tak,  nawet, gdy Lana fałszuje, zapomina fragmenty teksu, czy załamuje jej się głos, to wychodzi z tego zwycięską ręką (albo zwycięskim głosem) i nie jest to nieprzyjemne dla słuchacza. Gdyby w czasie występu ktoś zwątpił i uznał, że wokalistka jest pozbawiona talentu wokalnego, Lana potrafi zaskoczyć i zaśpiewać cały utwór czyściutko, wyciągając przy tym tak wysokie dźwięki, że nie powstydziłaby się ich jakaś wokalistka operowa. Trudno więc jednoznacznie wypowiedzieć się na temat jej śpiewu. Porównując jej wcześniejsze występy na żywo i te teraźniejsze, obiektywnie trzeba stwierdzić, ze jest coraz lepsza i bardzo się rozwinęła. Może te pewne niedociągnięcia są wynikiem stresu, tremy. Uważam, że Lana potrafi śpiewać, a jej głos jest naprawdę wyjątkowy, enigmatyczny, po prostu piękny. Wokalistka potrafi namalować piękny krajobraz, zbudować klimat. W tym głosie czuć emocje, wrażliwość, coś, czego tak często brakuje największym diwom. Nie potrzebuje wymyślnych strojów, choreografii, sztabu ludzi na scenie, którzy będą robić show. Wystarczy tylko ona, stojąca w skromnej, zwiewnej sukience. To też w niezaprzeczalny sposób czyni ją wyjątkową.

Patrząc na Lanę, ma się wrażenie, że jest bardzo ludzka. Nie gwiazdorzy, podchodzi do publiczności, rozmawia z fanami, robi sobie selfie. Człowiek nie czuje dystansu gwiazda-fan, a to dość nietypowe. Sceneria też była klimatyczna. Piękna czerwona kurtyna, a na niej napis Del Rey, telebimy pokazujące czarno-biały obraz. To wszystko sprawiało wrażenie, że człowiek przenosił się do jakiegoś teatru, luksusowego jazzowego clubu, gdzie podziwiał gwiazdę wieczoru, której duch zatrzymał się w latach 50.  Wszystko było przemyślane, spójne, Lana sprawiała wrażenie trochę nieobecnej, jakby przebywała w innym świecie. Była spokojna, uśmiechnięta, dziewczęca, ale kokieteryjna zarazem. Nie zabrakło największych hitów – Born to die, Video games, Blue jeans, High by the beach….Żałowałam, że nie wykonała Young and beautiful, bo to jeden z jej najpiękniejszych utworów. Publika znała wszystkie piosenki – Pamiętacie Carmen – skomentowała zaskoczona Lana, gdy tylko skończyła śpiewać ten utwór. Tak, publiczność śpiewała w wniebogłosy, czasem zagłuszając wokalistkę. Zabawnym było, gdy wszyscy (w tym mężczyźni) zaczęli śpiewać utwór Coca Cola ze słynnym tekstem: „My pussy tastes like pepsi cola”. 😉 Niestety występ Lany oficjalnie trwał tylko 1h 15 minut. Przedłużyła ten czas o kilka minut, ale fani i tak czuli niedosyt. Niezaprzeczalnie jest coś magicznego w jej występach, jest coś magicznego w niej samej. Jest jak piękne zjawisko, które powinno trwać i trwać…W utworze Body Electric śpiewa: „Elvis is my daddy, Marilyn is my mother”. Kto wie, może tu tkwi tajemnica jej sukcesu… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *